Są takie momenty w ciągu dnia, kiedy siadam do czegoś i myślę: to przecież nie jest trudne, po prostu to zrób. Odpisać na maila. Uzupełnić dokumentację. Przygotować coś, co „trzeba mieć gotowe”. I nic. Patrzę na to i czuję, jakbym była zablokowana.
Nie zmęczona. Nie zajęta. Zablokowana.

To wygląda jak odkładanie

Z zewnątrz to pewnie wygląda znajomo: odkładanie, rozpraszanie się, robienie innych rzeczy „zamiast”.

Zrobię coś dla kogoś. Pomogę. Porozmawiam. Tylko nie to jedno. I od razu wchodzi myśl: znowu to robisz, ogarnij się.

W pracy z ludźmi działa to inaczej

Najbardziej widzę to w pracy. Kiedy jestem z drugim człowiekiem — uczniem, klientem, kimkolwiek — jestem obecna.
Słucham. Widzę więcej. Łączę fakty. Czas przestaje istnieć. Nie muszę się zmuszać. To się dzieje samo. Bo to ma sens. Bo to jest żywe.

A potem wracam do „rzeczy do zrobienia”

I nagle wszystko się zmienia. Tabele. Raporty. Maile, które nic nie wnoszą. I czuję, jakby ktoś wyłączył we mnie energię.

Perfekcjonizm też tu siedzi

Bo ja nie chcę zrobić tego „byle jak”. Jeśli coś robię — chcę, żeby było prawdziwe, potrzebne, dobre. A jeśli czuję, że to jest tylko „do odhaczenia”… I to coś we mnie się wycofuje. I zostaję w zawieszeniu: ani tego nie robię, ani nie mam spokoju.

To nie jest lenistwo

Najtrudniejsze było dla mnie to, że sama siebie tak nazywałam. A przecież są rzeczy, w których potrafię dać z siebie wszystko.
Być uważna, zaangażowana, obecna. Więc to nie jest tak, że „mi się nie chce”.

Kiedy coś ma sens — wszystko się otwiera

Kiedy widzę znaczenie:
– wchodzę głęboko
– analizuję
– szukam lepszego rozwiązania
– jestem w tym naprawdę

Nawet jeśli to jest trudne — robię. Bo czuję, że to ma sens dla drugiego człowieka.

A kiedy sens znika

Kiedy coś jest tylko „bo trzeba”… albo „bo tak się robi”… albo „bo ktoś tego oczekuje”… pojawia się opór. Siedzę i patrzę. I nie jestem w stanie ruszyć.

I wtedy wraca stare poczucie

– że nie pasuję
– że coś ze mną jest nie tak
– że inni jakoś dają radę

To jest znajome miejsce.

Dopiero później zaczęłam widzieć coś więcej

Że ja naprawdę potrzebuję sensu, żeby działać. Że kiedy go nie ma — nie chodzi o brak siły, tylko o brak zgody. I że w pracy z ludźmi to widać najczytelniej: tam, gdzie jest relacja i znaczenie — jestem. Tam, gdzie zostaje sama forma — znikam.

To nie znaczy, że wszystko musi być idealne

Nadal robię rzeczy zwykłe, czasem nudne. Ale jest różnica między: „to nie jest moje, ale ma jakiś sens” a „to jest puste i mam udawać, że nie jest” Moje ciało bardzo dobrze to rozróżnia.

Dziś patrzę na to inaczej

Zamiast pytać: dlaczego znowu nie mogę się zmusić częściej pytam: co w tym jest dla mnie martwe? I to zmienia więcej, niż się wydaje.

Jeśli też masz tak, że z ludźmi potrafisz wszystko, a przy „zadaniach” nagle tracisz energię… to może nie chodzi o brak motywacji. Może Twój sposób działania potrzebuje sensu, żeby w ogóle mógł się uruchomić.