Wybuchasz o drobiazgi, a potem sama siebie nie poznajesz
Czasem naprawdę wystarczy głupstwo. Ktoś coś powie nie takim tonem, zostawi bałagan, zapyta po raz trzeci o to samo albo odezwie się akurat wtedy, kiedy ty masz już wszystkiego po kokardę. I nagle leci. Za ostro, za głośno, za dużo. Potem zapada cisza, a ty już wiesz, że znowu przesadziłaś.
I właśnie to boli najbardziej. Nie sam wybuch, tylko to, co przychodzi chwilę później. To dziwne uczucie, że przecież to nie jesteś ty. Że nie chcesz być taką osobą. Nie chcesz ranić, robić awantur, mówić rzeczy, których potem nie da się cofnąć. A jednak znowu się wydarzyło.
Najłatwiej wtedy uznać, że coś jest z tobą nie tak. Że jesteś nerwowa, nieopanowana, przewrażliwiona. Tylko że często wcale nie chodzi o ten jeden moment. Człowiek nie wybucha dlatego, że ktoś nie wyniósł śmieci albo źle odłożył kubek. Wybucha, bo wcześniej było już za dużo.
Za dużo spraw, za dużo cudzych potrzeb, za mało snu, za mało spokoju i za mało miejsca dla siebie. Czasem przez długi czas wszystko się znosi całkiem nieźle. Człowiek robi swoje, odpowiada, pomaga, pamięta, pilnuje, ogarnia. Nawet sam siebie przekonuje, że daje radę. Do chwili, kiedy okazuje się, że jednak nie daje.
I wtedy ten nieszczęsny kubek naprawdę potrafi stać się sprawą życia i śmierci.
To nie jest usprawiedliwienie. Jeżeli kogoś zraniłaś, to zraniłaś. Dobrze to umieć powiedzieć bez dorabiania całej historii o tym, jak bardzo byłaś zmęczona i jak wszyscy cię doprowadzili. Ale między wzięciem odpowiedzialności a dołożeniem sobie jeszcze paru batów jest jednak różnica.
Bo można przeprosić i jednocześnie pomyśleć uczciwie, co się z tobą dzieje. Od jak dawna chodzisz napięta. Kiedy ostatnio naprawdę odpoczęłaś. Ile rzeczy robisz dlatego, że chcesz, a ile dlatego, że przecież ktoś musi. Ile razy odpuszczasz innym, a sobie nie odpuszczasz prawie nigdy.
Niektóre osoby wybuchają właśnie dlatego, że bardzo długo nie mówią nic. Są cierpliwe, rozsądne, wyrozumiałe. Wolą przemilczeć, żeby nie było awantury. Zgadzają się, bo szkoda czasu na tłumaczenie. Biorą jeszcze jedną rzecz, bo szybciej zrobią same. I tak przez tygodnie albo miesiące.
A potem ktoś pyta, gdzie są klucze. I dostaje całą resztę.
Myślę, że wiele takich wybuchów zaczyna się dużo wcześniej, tylko trudno je zauważyć. Najpierw człowiek jest trochę bardziej zmęczony. Potem wszystko zaczyna go drażnić. Cudze pytania, hałas, wiadomości, nawet czyjaś obecność. Coraz częściej ma ochotę, żeby wszyscy dali mu święty spokój. Tylko zwykle nic z tym nie robi, bo dzień trzeba jakoś przeżyć.
Dopiero kiedy coś pęka, staje się jasne, że to nie był dobry dzień. Ani dobry tydzień. Czasem nawet nie był to dobry rok.
Po wszystkim często przychodzi obietnica, że następnym razem będzie inaczej. Że będziesz bardziej uważać, policzysz do dziesięciu, wyjdziesz do drugiego pokoju. I to może się przydać. Tylko jeżeli dalej żyjesz tak samo, dalej bierzesz za dużo i dalej próbujesz być dla wszystkich w porządku, to prędzej czy później znowu zabraknie ci miejsca.
Nie chodzi więc tylko o to, żeby nauczyć się lepiej hamować. Czasem trzeba też zobaczyć, dlaczego cały czas jedzie się na zaciągniętym hamulcu.
Może jesteś po prostu bardzo zmęczona. Może od dawna czujesz, że nikt nie widzi, ile robisz. Może brakuje ci zwykłej ludzkiej troski, takiej skierowanej również do ciebie. Może masz dość bycia osobą, która zawsze sobie poradzi.
I może twoja lepsza wersja wcale nie jest tą, która nigdy nie wybucha. Może jest tą, która wcześniej zauważa, że ma dosyć i nie czeka, aż zrobi się naprawdę źle. Która czasem powie, że dziś nie da rady. Która czegoś nie zrobi. Komuś odmówi. Wyjdzie wcześniej. Przestanie tłumaczyć wszystkich dookoła. Zostawi coś na jutro.
To nie jest wielka przemiana. Raczej kilka zwykłych rzeczy, na które wcześniej nie dawało się sobie zgody. Bo bardzo możliwe, że nie wybuchasz o drobiazgi. Po prostu drobiazg trafia na moment, w którym nie mieści się już nic więcej.