Wiem, że jesień potrafi dać w kość. Sama czasem martwię się, że dopadnie mnie jesienna chandra.

Na razie jeszcze jest pięknie. Drzewa stroją się w złoto, liście szeleszczą pod butami, a słońce, kiedy już łaskawie się pojawi, potrafi zrobić z październikowego popołudnia całkiem przyjemną historię. Tyle że listopad stoi za rogiem. I chyba już przebiera nogami.

Znam siebie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że kiedy dni robią się coraz krótsze, coś zmienia się także we mnie. Trudniej mi rano wstać, trudniej zebrać myśli. Czasem dopada mnie smutek, którego przyczyny szukam w wydarzeniach ostatnich dni. Przeglądam w głowie rozmowy, sytuacje, własne reakcje. Zastanawiam się, czy coś zrobiłam źle, czy mogłam zachować się inaczej. A potem przychodzi mi do głowy, że może zwyczajnie brakuje mi światła, odpoczynku, odrobiny ciepła. Takiego, którego termometr raczej nie zmierzy.

Mam też skłonność do brania na siebie zbyt wiele. Do zajmowania się sprawami, które pilnie trzeba załatwić, ludźmi, którym trzeba pomóc, obowiązkami, których przecież nikt za mnie nie wykona. Potrafię długo działać na wysokich obrotach. Dopiero kiedy robi się ciszej, dociera do mnie, ile mnie to wszystko kosztowało.

Jesienią słyszę to wyraźniej. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego właśnie o tej porze roku smutki robią się jakieś bardziej widoczne. Jakby razem z liśćmi opadało z nas to wszystko, co przez lato udawało się trzymać w ryzach.

Zmęczenie. Samotność. Tęsknota. Żal za czymś, co minęło. Czasem poczucie, że życie biegnie trochę za szybko, a my ciągle próbujemy je dogonić. Im jestem starsza, tym częściej myślę o upływającym czasie. Jesień ma tę szczególną właściwość, że potrafi przypomnieć człowiekowi o przemijaniu nawet podczas zupełnie zwyczajnego spaceru. Patrzę na drzewa, na te wszystkie liście, które jeszcze wczoraj trzymały się gałęzi, i myślę sobie, że przyroda jakoś łatwiej godzi się ze zmianami niż my.

Chociaż, kto ją tam wie. Drzew nikt o zdanie nie pyta. Bywają dni, kiedy mam ochotę zamknąć za sobą drzwi, wyłączyć telefon, usiąść z książką i przez kilka godzin być dla nikogo. Bez konieczności podejmowania decyzji, odpowiadania na wiadomości, tłumaczenia czegokolwiek. Marzy mi się wtedy święty spokój.

A kiedy już ten spokój mam, zdarza mi się odczuwać dziwną pustkę. Człowiek to jednak skomplikowane urządzenie. Instrukcji obsługi brak, gwarancja dawno minęła. Przez wiele lat wydawało mi się, że ze wszystkim trzeba sobie radzić. Najlepiej samodzielnie. Że są rzeczy ważniejsze niż własne zmęczenie czy smutek. Praca, zobowiązania, odpowiedzialność za innych. I oczywiście to wieczne „jeszcze tylko to zrobię”. Tyle że owo „jeszcze tylko” ma przedziwną zdolność rozmnażania się. Dziś uczę się zwracać większą uwagę na siebie. Z różnym skutkiem. Zdarza mi się nadal przekraczać własne granice, a potem dziwić się, że zabrakło mi sił. Czasem dopiero ciało przypomina mi o tym, o czym głowa od dawna powinna wiedzieć.

Może dlatego coraz bardziej przemawia do mnie myśl, że mamy prawo żyć trochę zgodnie z porami roku. Mieć w sobie wiosenny zapał, letnią lekkość, ale też listopadową ospałość. Potrzebować ciszy. Zwalniać. Odkładać niektóre sprawy na jutro. Przyznać, że dzisiaj zwyczajnie jest nam smutno. I pozwolić sobie na czyjąś obecność. Bo choć bardzo cenię samodzielność, coraz mocniej przekonuję się, że czasem największą ulgę przynosi zwykła rozmowa. Taka, podczas której można powiedzieć, że ma się dość, że jest trudno, że człowiek sam już właściwie nie wie, o co mu chodzi. I spotkać kogoś, kto będzie chciał posłuchać.

W swojej pracy psychologa, ale też we własnym życiu, coraz częściej dostrzegam, jak wielu z nas nosi w sobie zmęczenie, którego na pierwszy rzut oka zupełnie nie widać. Przecież chodzimy do pracy, robimy zakupy, żartujemy, załatwiamy codzienne sprawy. Z zewnątrz wszystko wygląda całkiem przyzwoicie. Tylko wieczorem, kiedy dzień wreszcie odpuszcza, okazuje się, że w środku jakoś ciężko.

Warto wtedy przyjrzeć się temu, co się z nami dzieje. Szczególnie gdy smutek zostaje na dłużej, sen przestaje przynosić odpoczynek, a rzeczy, które kiedyś cieszyły, tracą swój smak. Czasami to jesienne obniżenie nastroju, czasami sygnał, że potrzebujemy pomocy.

Piszę o tym także dla siebie. Bo wiedza psychologiczna, nawet całkiem spora, wcale nie zapewnia odporności na smutek, lęk czy życiowe zawirowania. Można doskonale rozumieć mechanizmy ludzkich emocji, a jednocześnie mieć kłopot z własnymi. Teoria teorią, a listopad listopadem. Na razie jednak mamy październik. Jeszcze trochę złota na drzewach, jeszcze kilka popołudni, kiedy słońce potrafi przyjemnie ogrzać twarz. Chciałabym umieć bardziej cieszyć się tym, co jest. Zamiast martwić się na zapas tym, co przyjdzie. To zresztą jedna z tych rzeczy, których wciąż się uczę. Bo może cała sztuka polega na tym, żeby jesienią dać sobie trochę więcej czułości. Takiej zwyczajnej, codziennej. Bez wielkich postanowień i ambitnych planów naprawiania własnego życia. Zrobić sobie herbatę. Pójść na spacer. Zadzwonić do kogoś bliskiego. A czasem powiedzieć głośno, że jest nam ciężko. Listopad i tak przyjdzie. Podobno ma abonament.


Rozmawialnia — miejsce na rozmowę. Także wtedy, gdy za oknem i w środku robi się trochę szaro heart